Wspólnie do zaśnięcia...
Na salę przedznieczuleniową wjechała dziewczynka, 10 lat. Od razu wokół niej pojawili się anestezjolodzy, więc wyczekiwałam swojego momentu na kontakt z małą. Słyszę: Imię? - Adela. Alergie? - Nie. Kiedy ostatnio jadła? - Wczoraj. Reakcje na leki? -Coś tam-coś tam. A rodzice gdzie? - W pracy.
Mała odpowiadała rzeczowo na wszystkie pytania. Bardzo była zebrana w sobie, skupiona, bez wyraźnych emocji na twarzy. Jako doktor Anastezja wsadzam co jakiś czas głowę pomiędzy otaczających dziewczynkę lekarzy, dokonuję znanych tylko sobie pomiarów, sprawdzam optykę łóżka i czekam na sposobność do nawiązania kontaktu. Gdy ta się nadarza, pytam o wybór pozycji do spania, bo są opcje, na leżąco, stojąco, podklejona pod sufitem... Mała rzeczowo odpowiada, że pozycja leżąca jest ok. I od tej pory pomiędzy pytaniami doktorów, wraca do mnie wzrokiem, a ja robię ostatnie pomiary świnią i potwierdzam najlepsze kompetencje jej zespołu. W końcu lekarze pytają: jedziemy? Mała twierdząco kiwa głową i patrzy na mnie. Mam jechać z Tobą? Lekarze patrzą na mnie ze spojrzeniem, które znam jako: "Nie trzeba, poradzimy sobie", ale mała mówi "Tak. I świnia też". No to idziemy. Dziewczynka samodzielnie przeszła z łóżka na stół operacyjny, a w zasadzie wdrapała się jak kot. Ta technika nie umknęła Anastezji, jako ewidentnej posiadaczki kotów. Komentarz na ten temat wywołał lekki uśmiech dziewczynki, ewidentnie kontrolującej strach. Stanęłam za sprzętem medycznym, tak, żeby mała mogła mnie widzieć i grałam delikatną piosenkę o oddechu. Wtedy lekarze zapytali małą: Gotowa? Dziewczynka kiwnęła głową, zacisnęła mocno usta i za chwilę pyta: A czy może mnie ta pani trzymać za rękę? Pokazując głową na mnie. Lekarze kiwnęli głową i podeszłam od drugiej strony, złapałam jej małą, spoconą i zwiędłą ze stresu dłoń i patrząc na siebie, poczekałyśmy, aż wszystko wokół stanie się zamglone i niewyraźne...
- Dr Anastezja Ojacie
Na salę przedznieczuleniową wjechała dziewczynka, 10 lat. Od razu wokół niej pojawili się anestezjolodzy, więc wyczekiwałam swojego momentu na kontakt z małą. Słyszę: Imię? - Adela. Alergie? - Nie. Kiedy ostatnio jadła? - Wczoraj. Reakcje na leki? -Coś tam-coś tam. A rodzice gdzie? - W pracy.
Mała odpowiadała rzeczowo na wszystkie pytania. Bardzo była zebrana w sobie, skupiona, bez wyraźnych emocji na twarzy. Jako doktor Anastezja wsadzam co jakiś czas głowę pomiędzy otaczających dziewczynkę lekarzy, dokonuję znanych tylko sobie pomiarów, sprawdzam optykę łóżka i czekam na sposobność do nawiązania kontaktu. Gdy ta się nadarza, pytam o wybór pozycji do spania, bo są opcje, na leżąco, stojąco, podklejona pod sufitem... Mała rzeczowo odpowiada, że pozycja leżąca jest ok. I od tej pory pomiędzy pytaniami doktorów, wraca do mnie wzrokiem, a ja robię ostatnie pomiary świnią i potwierdzam najlepsze kompetencje jej zespołu. W końcu lekarze pytają: jedziemy? Mała twierdząco kiwa głową i patrzy na mnie. Mam jechać z Tobą? Lekarze patrzą na mnie ze spojrzeniem, które znam jako: "Nie trzeba, poradzimy sobie", ale mała mówi "Tak. I świnia też". No to idziemy. Dziewczynka samodzielnie przeszła z łóżka na stół operacyjny, a w zasadzie wdrapała się jak kot. Ta technika nie umknęła Anastezji, jako ewidentnej posiadaczki kotów. Komentarz na ten temat wywołał lekki uśmiech dziewczynki, ewidentnie kontrolującej strach. Stanęłam za sprzętem medycznym, tak, żeby mała mogła mnie widzieć i grałam delikatną piosenkę o oddechu. Wtedy lekarze zapytali małą: Gotowa? Dziewczynka kiwnęła głową, zacisnęła mocno usta i za chwilę pyta: A czy może mnie ta pani trzymać za rękę? Pokazując głową na mnie. Lekarze kiwnęli głową i podeszłam od drugiej strony, złapałam jej małą, spoconą i zwiędłą ze stresu dłoń i patrząc na siebie, poczekałyśmy, aż wszystko wokół stanie się zamglone i niewyraźne...